Emigrant, młynarz, konspirator i patriota. Zamordowany w okrutny sposób

Wacław Ciosek, zdjęcie dzięki uprzejmości Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta Płońskahttps://pddmp.pl/

Serdecznie zapraszamy do zapoznania się z naprawdę bardzo interesującą historią na temat Wacława Cioska, bo to właśnie o nim mowa. Kim właściwie był ten nadzwyczajny człowiek z terenu gminy Sochocin?

Początki są najtrudniejsze

Wacław Ciosek urodził się 13 stycznia 1894 roku w Bolęcinie, w bardzo skromnej rodzinie. Mając zaledwie 21 lat sam popłynął do Stanów Zjednoczonych, celem znalezienia pracy. To najprawdopodobniej właśnie tam nauczył się zawodu młynarza, który, jak się później okazało, uratował wiele ludzkich istnień. Ileż trzeba mieć w sobie odwagi cywilnej, aby samemu w tamtych czasach, w tak młodym wieku zostawić wszystko i wyjechać do USA? To wie wyłącznie Wacław Ciosek. Niestety, amerykański sen się nie spełnił i po roku nasz emigrant wrócił do kraju.

Ciężka praca przynosi owoce

Po powrocie do Polski wziął ślub z Apolonią Kapczyńską i kilka lat gospodarzył we wsi Kuchary Żydowskie. W 1936 r. kupił drewniany młyn wodny nad rzeką Wkrą, w miejscowości Gutarzewo pod Sochocinem. Wacław Ciosek musiał być bardzo znany wśród lokalnych gospodarzy, ponieważ objął stanowisko wójta sochocińskiej gminy. Gdy jechał tędy do Ciechanowa w 1938 r. Rydz Śmigły, to właśnie nasz bohater wraz z orkiestrą witał orszak pojazdów z całą warszawską świtą. Ciosek posiadał drewniany młyn, a przy nim też ponad 20 ha ziemi. Wszystko to przynosi spore zyski. Starczało dla gospodarza, ale też dla lokalnych mieszkańców. Starczało dla każdego, kto przychodził i prosił o trochę mąki na chleb, za którą nie trzeba było płacić.

Cioska sposoby na pomoc ludziom

Jako jedyny w okolicy otrzymał pozwolenie na prowadzenie młyna w czasie wojny. Mełł mąkę, którą musiał dostarczać Niemcom. Fakt ten wykorzystywał do pomagania okolicznej ludności. W Sochocinie wtedy stacjonował garnizon niemiecki, którego dowódcą był Niemiec. Młynarz zaznajomił się z tym niemieckim żandarmem, który często odwiedzał młyn a tym samym naszego bohatera. Ciosek dobrze znał skłonność wojskowego do alkoholu, upijał go, sadzał pijanego na wóz i podając mu co jakiś czas alkohol, docierał do Pomiechówka z żywnością. Jak Niemiec się przebudzał i wstawał, to dostawał kolejną porcję spirytusu i podróżował dalej, nie mając nawet świadomości, że w danym miejscu był. W Forcie III w Pomiechówku znajdowało się wtedy około 2000 mieszkańców Sochocina. Ciosek woził też żywność do getta warszawskiego oraz na Żoliborz. Nie miało wtedy znaczenia, czy ta żywność trafi do sochocińskich Żydów czy po prostu do wszystkich głodnych. Pomagał mu niejaki Czarnecki, leśnik lasów Kępskich. Zrobili tak kilka razy. Kiedy w czerwcu 1941 r. Niemcy wypuścili sochocińskich wysiedleńców z Pomiechówka i wrócili oni do Sochocina oraz okolicznych wsi, nie mieli ani gdzie zamieszkać, ani co jeść. Młynarz razem z rodziną pomagał ludziom przetrwać w najtrudniejszych okresach, dostarczając im nielegalnie jedzenie. Pomagali bezinteresownie wszystkim potrzebującym. Najgorzej było zimą, bo na śniegu widać było ścieżkę, którą potrzebujący wydeptywali w drodze do młyna. W młynie nie było żadnego podziału na narodowość czy pochodzenie. Każdy, kto przyszedł i poprosił, mąkę otrzymywał. I co ważne, nie były za to brane żadne pieniądze, wszystko było za darmo. Nikt zbędnych pytań nie zadawał. Potwierdza to opatrzony archiwalnymi stemplami, znajdujący się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, wzruszający dokument podpisany przez 72 osoby. Czytamy w nim, że Wacław Ciosek woził żywność nie tylko do obozu w Pomiechówku, ale żywił też wszystkich wysiedlonych, którzy powrócili do Sochocina i okolic bez środków do życia.

Wszystko w tajemnicy

Wacław Ciosek należał do organizacji podziemnej „Orzeł Biały”, przy czym nikomu tego nie powiedział, nawet własnemu synowi. Jego syn Zdzisław, ukrywający się od 1941 roku przed Niemcami, po powrocie do domu, związał się z organizacją „Bataliony Chłopskie”. Co ciekawe, również nie poinformował swojego ojca o tym fakcie. Więc ani jeden, ani drugi nie wiedział, że gdzieś tam sobie konspirują. Razem prowadzili akcje sabotażowe, osłabiając tym Niemców. Wraz z synem utrzymywali w lasach Kępskich oraz Luberadzkich trzydziestu radzieckich partyzantów, regularnie wozili im żywność z narażeniem życia. Wiadomo, że Ciosek w konspiracji działał z aptekarzem z Sochocina Włodzimierzem Hermanowiczem, Aleksandrem i Stanisławem Broniszewskimi, Michalskim oraz Ignacym Czarneckim.

Ostatnia szansa na ucieczkę

Trwała zbiórka na sochocińskim Rynku. Ciosek zwrócił się z prośbą do Niemca, do tego, którego kiedyś tak skutecznie upijał, czy może wejść do kościoła, aby pomodlić się przed wyjazdem. Zgodę otrzymał, wszedł do kościoła, był tam całkowicie sam. Mógł uciec tylnym wyjściem. Jednak tego nie zrobił, a tylko pomodlił się i wyszedł z powrotem. Wiedział doskonale, że jeżeli ucieknie, to Niemcy wrócą po jego rodzinę i zamordują żonę, córki oraz syna.

Aresztowany i zakatowany na śmierć

Był czerwiec 1944 roku. Dowódca garnizonu w Sochocinie nabrał zaufania do Cioska, a Niemcy już wiedzieli, że nasz bohater działa w konspiracji. Niemiecki żołnierz na 2 lub 3 dni przed aresztowaniem za działalność antyniemiecką, przyjechał do Cioska i powiedział: Wacław, nic się nie martw, oni przyjdą po Ciebie, ale ja Cię ochronię i wyciągnę. Ciosek zaufał, nie uciekał. Przyjechało Gestapo z Płońska i go zabrało. Jak wychodził z domu, to jego żona Apolonia, wsadziła mu w płaszcz kawałek słoniny, zawinięty w papier. Niestety, nasz dowódca sochocińskiego garnizonu, jak się okazało, nie był z Gestapo, tylko z innych struktur, najprawdopodobniej z Wehrmachtu. Nie mógł pomóc Wacławowi, takiej władzy nie posiadał. Ciosek został przewieziony do aresztu śledczego w Pomiechówku, a tam poddany przesłuchaniom i zakatowany pałkami na śmierć. Ekshumowane ciało potwierdziło tę okoliczność.

Szczęśliwa ekshumacja

Zidentyfikowano go po wojnie, w trakcie ekshumacji zbiorowej mogiły, w której się znajdował. Wiecie, w jaki sposób się to udało? Pamiętacie zawinięty w papier kawałek słoniny, który przed aresztowaniem wsadziła w płaszcz Cioskowi jego żona? Miał na sobie płaszcz, a tam kawałek wspomnianej słoniny. Został zidentyfikowany właśnie po słoninie. Miał też związane ręce, nie miał rany postrzałowej. Ojca rozpoznała córka Wacława, a następnie sprowadziła jego szczątki na cmentarz w Sochocinie.

By nie zostały po nim tylko napisy na ścianach

Na końcu, należy postawić ważne pytanie: ile osób w dzisiejszym świecie i czy w ogóle, byłoby zdolnych do wielkiej odwagi i słusznych czynów, których dokonał Wacław Ciosek. Na ilu prawdziwych bohaterów, ryzykujących własnym życiem, moglibyśmy dziś liczyć? Te pytanie pozostawię bez odpowiedzi, do własnej refleksji.

Ostatecznie nie można pominąć faktu, że pamięć o naszym bohaterze jest ciągle żywa. Na jednym z osiedli w Sochocinie znajduje się bowiem ulica imienia Wacława Cioska. Miejmy nadzieję, że ta pamięć nigdy nie umrze, a przyszłe pokolenia zainspirują się jego życiem, by stawać się lepszymi ludźmi, bez względu na panujące wszechobecne podziały.

Kamil Wojciechowski

 

Źródło:

1. Informacje i materiały od rodziny więźnia.

2. Artykuł Andrzeja Tumialisa pod tytułem „Kto pamięta Cioska?”.

Skip to content